22 listopada 2017

Origins Drink Up Intensive | Recenzja

Origins Drink Up Intensive
Cześć Piękni! 
Maseczki to jeden z moich ulubionych kosmetyków, zwykle wręcz nie mogę doczekać się końca tygodnia, kiedy znów będę mogła zrobić peeling a następnie nałożyć jakieś cudo. Od pewnego czasu na mojej półce stoi bardzo polecana przez wiele osób maska Origins, na którą w końcu również się skusiłam. 


Co mówi producent?
"Mając wrażliwą skórę, nałóż tę ultra bogatą w składniki maseczkę nawilżającą na noc. Olejki z awokado i pestek moreli głęboko i błyskawicznie rozprowadzą po spragnionej nawilżenia skórze zgromadzone rezerwy substancji nawilżających oraz pomogą zbudować zapasy na jutro. Wodorosty z morza japońskiego pomagają naprawić barierę ochronną skóry zapobiegając odwodnieniu w przyszłości i oznakom przedwczesnego starzenia. Skóra budzi się odprężona, odświeżona i jędrniejsza."
Cena i pojemność: 64 zł za 50 ml ; 99 zł za 100 ml
Opakowanie: tubka
Mój typ cery: sucha, w strefie T lekko się przetłuszcza

Origins Drink Up Intensive

Moja opinia:

Jestem ogromną fanką masek całonocnych, głównie dlatego że niewiele jest przy nich roboty, substancje w nich zawarte mają możliwość wchłaniać się przez wiele godzin, a dodatkowo jest to opcja dosyć ekonomiczna, w porównaniu do np. maseczek w płachcie. Dlatego też w masce Origins pokładałam bardzo duże nadzieje, zwłaszcza że ma świetne opinie w Internecie.
Pierwszą rzeczą, którą zauważam po każdym otwarciu tubki jest zapach maski. Nie jestem w stanie go określić, jest trochę owocowy, jednak nie czuję żadnej konkretnej nuty. Niestety, mimo że nie uważam go za bardzo nieprzyjemny, nie budzi  u mnie pozytywnych emocji. W jakiś sposób mi przeszkadza, zwłaszcza że utrzymuje się on dosyć długo, a maskę nakładamy bardzo blisko nosa.
Nie należę jednak do osób, które dyskwalifikowałyby kosmetyk tylko dlatego, że zapach jest nieodpowiedni. 
Drink Up Intensive ma formułę dosyć bogatego kremu. Dość szybko się wchłania, jednak pozostawia na skórze lepką warstwę. Nie jest ona zbyt tłusta, ale właśnie klejąca. Trzeba trochę uważać z włosami, bo uwielbiają się do niej przyklejać. Rano warstwa wciąż jest delikatnie wyczuwalna, chociaż większość wchłania się (lub wyciera w poduszkę).
Przejdźmy jednak do kwestii najważniejszej, czyli działania. Moja skóra jest w dosyć dobrym stanie, ponadto jestem jeszcze młoda, więc nie mam żadnych poważniejszych problemów. Z tego powodu zwykle nie zauważam wielkiej zmiany w skórze ani tuż po zastosowaniu maski, ani przy jej długotrwałym stosowaniu. Tak też jest w tym przypadku. Moja skóra nie uległa drastycznej przemianie, nawet następnego dnia po zmyciu maseczki nie czuję wielkiej różnicy. Wierzę jednak  w to, że stosowanie dobrych kosmetyków daje wielkie skutki w następnych latach. Skąd jednak wiedzieć, które kosmetyki są dobre? Dla mnie sporym wyznacznikiem jest skład. Przyjrzyjmy się więc jak wygląda w produkcie Origins.


Origins Drink Up Intensive skład

 Na pierwszym miejscu, raczej tradycyjnie, znajdziemy wodę. Następnie hydrolat z róży damasceńskiej, który ma działanie łagodzące, kojące i antyseptyczne oraz ekstrakt z mirtu zwyczajnego, działającego antyseptycznie i ściągająco. Hydrolat z gorzkiej pomarańczy neutralizuje wolne rodniki, działa bakteriobójczo i łagodząco. Ekstrakt z rumianku również ma działanie bakteriobójcze, a zarazem łagodzące. Dodatkowo, rozjaśnia on skórę. Gliceryna jest promotorem przenikania, a więc pozwala innym substancjom lepiej się wchłaniać. Sama nawilża skórę bezpośrednio. Alkohol cetylowy jest emolientem tłustym, odpowiada za tworzenie się na skórze filmu. Polimetakrylan glicerolu działa podobnie do gliceryny, natomiast zawarty w masce silikon (dimetikon) wpływa na konsystencję. Dalej w składzie znajduje się kolejny emolient jakim jest lanolina, humektant (glikol polietylenowy), który nawilża skórę w sposób bezpośredni i inne składniki wpływające na konsystencję kosmetyku. Wracamy do substancji naturalnych, czyli do bogatej w witaminy C i B czarnej porzeczki. Dalej znajdziemy olej z gorzkich migdałów i kamforowy, który świetnie sprawdza się w przypadku cer tłustych i mieszanych. Olejek eteryczny z pomarańczy działa relaksująco i antyseptycznie. Olej z pestek moreli zawiera witaminy A, E i B oraz różne kwasy. Ekstrakt z Osmanthusa nadaje masce zapach. Wyciąg z róży damasceńskiej działa jak występujący wcześniej hydrolat, tak samo jak występujący za nią ekstrakt z gorzkiej pomarańczy. Dalej substancje zapachowe i ekstrakt z aloesu, który łagodzi i nawilża. Wyciąg z owsa łagodzi i regeneruje, a oliwki działają odżywczo. Ekstrakt z pszenicy ma podobne działanie, dodatkowo poprawia koloryt cery. Po kolejnej dawce substancji mających wpływ na konsystencję, znajdujemy wosk pomarańczowy. Ma właściwości przeciwzapalne, antybakteryjne, przeciwgrzybicze, przeciwdrobnoustrojowe, odżywcze, nawilżające, ujędrniające, ochronne, pochłaniające promienie UV i silnie antyoksydacyjne. Pantenol łagodzi i koi, a pantetina zapobiega utracie wody z naskórka i chroni cerę przed środowiskiem zewnętrznym. Następnie w składzie znajdziemy masło z mango (zawiera nasycone i nienasycone kwasy tłuszczowe czy witaminy A, C, B, K i E), olej ze wspomnianej już wcześniej moreli i odżywiający olej awokado. Glikol butylenowy, podobnie jak gliceryna, jest promotorem przenikania. Olej kokosowy ma wszechstronne działanie na skórę, a fitosterole pobudzają produkcję elastyny i kolagenu. Octan tokoferylu i oryzanol są silnymi antyoksydantami. Bisabolol łagodzi i działa przeciwzapalnie. Wodorotlenek potasu wpływa na ph kosmetyku, co jest bardzo ważne. Kofeina ma działanie pobudzające a kwas hialuronowy nawilża i wiąże wodę w naskórku. 
Drink Up Intensive zawiera naprawdę całą masę przeróżnych ekstraktów czy olei, co według mnie jest naprawdę świetne. Jednocześnie, jeżeli jesteście freakami naturalnej pielęgnacji (do których ja nie należę, jeśli chcecie wiedzieć dlaczego, klikajcie tu), pewnie zauważyliście już, że maseczka ta zawiera kilka substancji nieakceptowanych w kosmetykach naturalnych. Ja ze składu jestem naprawdę zadowolona i uważam, że jest fajnie skomponowany. Większość z tych substancji działa łagodząco i kojąco, bardzo wiele również przeciwzmarszczkowo i antyoksydacyjnie.

Jak więc widzicie, maska ta nie wywołała u mnie rewolucji. Nie zmieniła drastycznie stanu mojej skóry, jednak patrząc na skład ufam, że w przyszłości moja skóra, również dzięki niej, będzie w dobrym stanie. Raczej nie kupię jej ponownie, ponieważ wciąż szukam swojego świętego graala wśród masek, jednak polecam wam wypróbowanie jej, być może zauważycie widoczne efekty :)

Jakie są wasze ulubione maski? Wolicie całonocne, zmywalne czy w płachcie?



Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

9 komentarzy:

  1. Czytałam sporo fajnych opinii o niej i kusi mnie od jakiegoś czasu:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Skład wygląda bardzo przyjemnie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. wygląda przyjemnie, chętnie wypróbuję jak wykończę Banię Agafii :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja właśnie mam zamiar sobie jakąś maskę kupić... kto wie... może niebawem?
    Ta wydaje się całkiem fajna, jednak bez rewelacji.
    Ostatnio używam takiej z Eisenberga... póki co - testuję ;)
    Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  5. ciagle sie nad nia zastanawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. kupilam ja mamie na prezent :) ma skore sucha i jest z niej zadowolona

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam tę maseczkę na chciejliście i na pewno kiedyś po nią sięgnę ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj, ta maseczka jest za droga, aby ją kupować na samo wypróbowanie :) ale skład ma bardzo ciekawy - ja się bardzo interesuję kosmetykami naturalnymi, ale generalnie kupuję te o dobrym składzie, a jak wiadomo - nawet w drogerii można takie spotkać :) szkoda, że nie wywołała u Ciebie "ochów" i "achów", dlatego życzę znalezienia ideału:))

    OdpowiedzUsuń