19 marca 2017

Azjatycka pielęgnacja polskimi kosmetykami?

Cześć Piękni! 
Ostatnimi czasy pielęgnacja azjatycka zrobiła się naprawdę bardzo popularna. Mam tutaj oczywiście na myśli techniki pochodzące głównie z Korei oraz Japonii. Produkty z tych krajów są u nas coraz szerzej dostępne, ich ceny jednak często są dość wysokie. Od dawna zastanawiam się czy można osiągnąć taki sam efekt używając kosmetyków zachodnich? Częściowo chyba znam odpowiedź na to pytanie.

Dzisiaj opowiem wam trochę o mojej pielęgnacji, która dość mocno zakorzeniona jest w technikach pielęgnacji azjatyckiej, mimo że wszystkie produkty, jakich używam, pochodzą od marek zachodnich. Zdaję sobie sprawę, że wśród produktów np. koreańskich zdecydowanie łatwiej jest znaleźć kosmetyki, które działają skutecznie, a zarazem ich składy są naprawdę dobre. U nas rzeczywiście jest to zadanie trudniejsze, ale również wykonalne, co zamierzam dzisiaj udowodnić :)




1. Demakijaż oraz "wstępne" mycie olejkiem do twarzy
Ten krok jest bardzo prosty i bardzo tani. Przepis na olejek, którego używam do mycia twarzy znajdziecie w poście dotyczącym kosmetyków DIY (klik). Krok ten znajduje się tylko w mojej wieczornej pielęgnacji, rano zaczynam od punktu drugiego. W pierwszej kolejności za pomocą olejku usuwam cały makijaż oraz zanieczyszczenia i sebum wytworzone w ciągu dnia. Masuję delikatnie całą twarz i szyję, a następnie spłukuję wodą. Dawniej tutaj kończyło się moje mycie twarzy, jednak po pewnym czasie zorientowałam się, że takie oczyszczanie nie wystarczy. Wszyscy wiemy jakie są relacje między wodą i olejem, dlatego też samo spłukanie twarzy nie usunie całości olejku ani rozpuszczonych w nim zanieczyszczeń. Dlatego potrzebny jest krok nr 2

2. Oczyszczanie pianka myjącą

Oczywiście, zamiast pianki możecie użyć jakiegokolwiek produktu myjącego na bazie wody, jednak warto znaleźć taki kosmetyk, który nie przesuszy waszej cery. Teraz wystarczy standardowo umyć twarz zmywając z niej resztki olejku. Pamiętajcie jednak, że po umyciu twarzy oczekujecie, że będzie ona naprawdę czysta. Dlatego nie tylko nie może być na niej ani grama brudu, ale również produkt myjący należy zmyć bardzo dokładnie. Dlatego też stosuję metodę 100 chluśnięć, chociaż nie dosłownie. Zasada ta mówi, że po umyciu twarzy kosmetykiem myjącym, należy chlusnąć w nią wodą 100 razy. Z pewnością wystarczy jednak, jeśli kilkanaście razy opłuczecie twarz lub (jeżeli myjecie się pod bieżącą wodą) zadbacie o to, by twarz dłużej znajdowała się pod strumieniem wody. Wtedy macie pewność, że twarz jest zupełnie czysta.



3. Pozbywanie się martwego naskórka z pomocą peelingu
Jest to oczywiście opcja dodatkowa, którą wykonuję raz w tygodniu, po uprzednim wykonaniu poprzednich dwóch punktów. Do wyboru mamy peelingi chemiczne (enzymatyczne) oraz mechaniczne (ziarniste). Osobiście stosuję oba rodzaje, jednak zdecydowanie bardziej wolę używać peelingów drobnoziarnistych, ponieważ namacalnie czuję drobinki, które ścierają mój martwy naskórek. Dzięki temu mam poczucie odświeżenia i czystości, czego nie czuję przy peelingach enzymatycznych. Moimi ulubieńcami od wielu lat są peelingi Lirene. 



4. Przywracanie odpowiedniego ph tonikiem

Tuż po dokładnym oczyszczeniu cery, niezbędnym kosmetykiem w mojej pielęgnacji jest tonik. Poza tonizacją, czyli przywróceniem odpowiedniego ph skórze, przełamuje on barierę skóry. Aby zrozumieć jego działanie, możemy wyobrazić sobie suchą gąbkę. Jeżeli nałożę na nią krem, pozostanie on na wierzchu. Jeżeli jednak najpierw wklepię lub wmasuję w nią trochę wody, kolejny produkt o wiele lepiej się wchłonie. Toniki sprawiają więc, że nasza skóra chętniej wchłania wszelkie substancje, które za chwilę nałożymy razem z serum czy kremem. W Azji kosmetyki te często mają właściwości oczyszczające i są dopełnieniem procesu mycia. Dla mnie w tym momencie zaczyna się już nawilżanie. Mój ulubiony produkt w tej dziedzinie to tonik-mgiełka Vianek, który ma naprawdę bardzo fajny skład, a stan mojej skóry naprawdę się poprawił odkąd zaczęłam go używać.

5. Bonus pielęgnacyjny, czyli maseczka

Na rynku istnieje mnóstwo różnych masek. Różnią się one formułą, ale również samym działaniem. Warto więc znaleźć swoje ulubione formuły (np. maska w kremie lub płachcie), a działanie dobierać w zależności od aktualnych potrzeb. Ostatnio miałam niewielki problem z niedoskonałościami, decydowałam się więc na maseczki oczyszczające. Zwykle jednak szukam tych mocno nawilżających. Najbardziej lubię te całonocne, które możemy nałożyć zamiast kremu, jednak również cuda w płachcie mają miejsce w moim sercu. Maskę nakładam zwykle raz w tygodniu i jest to mój ulubiony element pielęgnacji. Zawsze nakładam ją tuż po peelingu, tak właściwie przez cały tydzień czekam na moment aż będę mogła usunąć martwy naskórek i nałożyć maskę, uwielbiam to.



6. Potężna dawka substancji odżywczych zawartych w serum
Jeszcze do niedawna serum nie gościło w mojej kosmetyczce prawie nigdy, jednak teraz nie wyobrażam sobie bez niego mojej pielęgnacji. Niby skóra wygląda tak samo, niby nic się nie zmienia, ale jednak czuję i widzę, że jej stan (choć już jest dobry) poprawił się. Cera jest lepiej odżywiona, sprężysta, bije od niej blask. Jeżeli chodzi o ten rodzaj kosmetyków, nie mam zbyt dużego doświadczenia, jednak produkt, którego obecnie używam bardzo mnie zadowala. Jest to Liposomowy eliksir do cery dojrzałej ze strony ZrobSobieKrem.pl Niech nie zmyli was nazwa, ponieważ składniki zawarte w eliksirze nadają się również do młodej cery, wystarczy tylko wyrzucić ekstrakt ujędrniający (który i tak nie powinien wam zaszkodzić).

7. Lekki krem pod oczy

Jeżeli tak jak ja macie suchą skórę, zapewne macie również duży problem ze skórą pod oczami, która jest przecież kilkukrotnie cieńsza niż na reszcie twarzy, a co za tym idzie - bardziej podatna na uszkodzenia oraz procesy starzenia. W takich wypadkach warto sięgać po bogate, gęste kremy, które prócz składników nawilżających zawierają również substancje nawilżające pośrednio, czyli zapobiegają utracie wody z organizmu. Osobiście nie znalazłam jednak jeszcze kremu, który jednocześnie miałby odpowiadający mi skład, a jednocześnie miał dobrą formułę. Dlatego też używam dwóch kremów. W przypadku pierwszego patrzę tylko i wyłącznie na składniki w nim zawarte, które powinny przyciągać do siebie wodę. Nie mam w tej dziedzinie swojego ulubieńca, wciąż go poszukuję. Mam jednak zamiar w najbliższym czasie lepiej przyjrzeć się kremom naturalnym, których największą wadą dla mnie jest zwykle właśnie zbyt lekka formuła.

8. Bogaty, gęsty krem pod oczy

Nakładam go na lżejszy krem w celu zatrzymania wody w naskórku. W tym wypadku sama obecność substancji takich jak kwas hialuronowy itp. jest mniej ważna, liczy się natomiast to, aby odgrodzić skórę od środowiska zewnętrznego. Oczywiście, można w takim celu zastosować np. tłusty krem czy maść z wit. A, jednak w moim przypadku największy problem z nawilżeniem tej strefy występuje zawsze w ciągu dnia. Mam dość duże zasinienia pod oczami, dlatego też używam mocniej kryjących korektorów, które wysuszają cerę. Dlatego znalazłam coś, co świetnie nadaje się pod makijaż oraz chroni skórę, a jest to krem Extra Eye Repair Cream od Bobbi Brown. Jeżeli jesteście nim zainteresowani, sprawdźcie Kody Rabatowe Sephora, a być może traficie na fajną ofertę :)

9. Krem nawilżający na dzień / na noc

W zależności od pory dnia, zazwyczaj nakładam dwa różne kremy. Wersja dzienna musi idealnie zgrywać się z makijażem, ale również chronić skórę i izolować ją od czynników zewnętrznych. W dzień nasza cera toczy walkę z kurzem, brudem, czasem mrozem czy słońcem i zdecydowanie musimy ją w tym wspomóc. W nocy natomiast jest czas regeneracji, dlatego więc zawsze szukam kremu najbardziej bogatego w dobroczynne substancje. Powinien on dostarczyć cerze przede wszystkim nawodnienia, ale również innych substancji, które przydadzą się jej podczas snu do walki ze zniszczeniami, które powstały w ciągu dnia. Tak jak w przypadku kremu pod oczy, preferuję formuły cięższe i gęstsze, ponieważ moja skóra potrzebuje warstwy ochronnej złożonej z parafiny czy innych emolientów. Testowałam i przetestuję jeszcze wiele kremów zarówno na dzień, jak i na noc, jednak wciąż nie znalazłam swoich niekwestionowanych ulubieńców.

10. Ochrona przeciwsłoneczna z odpowiednio dobranym filtrem

Kolejna zmiana w mojej pielęgnacji, która zachodzi właśnie teraz. Do tej pory filtrów przeciwsłonecznych używałam tylko latem, przed wyjściem z domu. Teraz mam zamiar robić to o każdej porze roku lub przynajmniej przez większość roku. Oprócz tego, zamiast inwestować niemałe sumy w kremy, które zawierają tylko ochronę przed UVB, czyli SPF, zamierzam zacząć stosować pełną ochronę, czyli UVA + UVB (SPF + PA). Niestety, nie spotkałam się jeszcze z kremem marki zachodniej, który prócz wzmianki "zawiera filtry UVB oraz UVA" określiłby wysokość filtra UVA. Dlatego też tym razem postanowiłam zainwestować w krem azjatycki, a jeśli się u mnie sprawdzi, na pewno dam wam o tym znać.



11. Dodatkowe kroki
Tutaj zapewne każdy umieści swoje rytuały takie jak wizyty u kosmetyczki w celu wykonania różnych zabiegów, masaże lub ćwiczenia twarzy. U mnie w krokach dodatkowych z pewnością znajdą się właśnie ćwiczenia. Kiedy mam wolną chwilę, staram się wykonać kilka ćwiczeń twarzy. Ćwiczenia takie znajdziecie w Internecie, polecam wam np. te prezentowane przez Fumiko Takatsu. Swego czasu regularnie wykonywałam również masaże, ale zajmowały one więcej czasu. Bałam się też, że robię to zbyt agresywnie i więcej będzie z tego szkody niż pożytku. W dodatkowych krokach zawiera się również zdrowa dieta czy picie odpowiednich ilości wody. Zwykle udaje mi się pić 1,5 - 2 litry napojów dziennie, w tym zawiera się zielona herbata bogata w antyoksydanty. Nad dietą cały czas pracuję ;)

Jak więc widzicie, aby stosować techniki i metody azjatyckiej pielęgnacji, wcale nie trzeba wydawać kroci na importowane kosmetyki. Trzeba jednak znać swoją cerę i wiedzieć czego potrzebuje oraz które produkty zaspokoją jej potrzeby. Pamiętajcie, że pielęgnacja azjatycka to przede wszystkim sposób myślenia, a nie kosmetyki. Pisałam o tym przy okazji recenzji książki "Sekrety urody Koreanek", więc jeśli jej nie czytaliście, zapraszam tutaj. A jeżeli macie zamiar wprowadzić zmiany oraz nowe produkty do swojej kosmetyczki, sprawdźcie kody rabatowe do wybranych przez was sklepów na Rabble - być może uda wam się zaoszczędzić :)

Jak wygląda wasza pielęgnacja? Które rytuały sprawiają wam najwięcej radości?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

12 marca 2017

"Maybelline. Historia rodziny, która stworzyła Maybelline" | Recenzja

Cześć Piękni! 
Zapewne wszyscy bardzo dobrze znacie markę Maybelline. Niewiele jest kobiet, które nie miałyby styczności z kosmetykami tej marki, a wiele z nich ma wśród jej produktów swoich ulubieńców. Mało osób jednak wie, że mimo iż w reklamach przedstawia się ją jako "Maybelline New York", nie pochodzi ona wcale z Nowego Jorku. Dzisiaj opowiem wam trochę o książce "Maybelline. Historia rodziny, która stworzyła Maybelline" napisaną przez dziedziczkę tego kosmetycznego imperium  oraz o tym, czy warto przeczytać tę prawie 500-stronicową historię.


Opowieść ta zaczyna się w roku 1911 w miasteczku Morganfield w stanie Kentucky. Poznajemy historię całej rodzinny Williamsów, ze szczególnym uwzględnieniem losów Toma Lyle'a Williamsa, założyciela marki. Jego ścieżka do kariery była długa i przewrotna. Zdarzały mu się wzloty i upadki, osobiste tragedie i przeszkody rzucane przez los. Momentem, w którym jednak cała historia zaczyna się naprawdę jest sytuacja gdy jego siostra Mabel uczernia swoje przypadkiem wypalone brwi i rzęsy mieszanką wazeliny i sadzy. Wtedy to odnajduje pomysł na biznes, który jest w stanie przezwyciężyć obie wojny światowe, kryzys ekonomiczny, tabu społeczne i przeszkody rzucane przez środowiska konserwatywne. Wydaje mi się jednak, że cała historia jest ciekawa dzięki samej rodzinie Williamsów. Mimo iż Maybelline jest tutaj głównym wątkiem i wszystko kręci się wokół jej rozwoju, znacznie więcej uwagi czytelnika skupiają burzliwe perypetie bohaterów. Jest to również w gruncie rzeczy historia upadku całej rodziny, która pomimo dobrych chęci i wielkiej pomocy ze strony jej założyciela, niszczy sama siebie przez pieniądze i zazdrość.
Zdecydowanym plusem jest tutaj fakt, że historię rodziny spisał jeden z jej członków, czyli Sharrie Williams. Była ona świadkiem wielu wydarzeń, które jej dotyczyły, miała też dostęp do informacji z pierwszej ręki na temat wydarzeń z przeszłości. Podziwiam ją za obiektywność, z jaką była w stanie opisać dzieje własnej rodziny, wyjawiając tysiącom ludzi naprawdę intymne fakty na temat życia jej stryjecznego dziadka (Toma Lyle'a), babci (Evelyn Williams, zwanej też Miss Maybelline) czy rodziców.
Tak jak w przypadku biografii Heleny Rubinstein (klik), dowiadujemy się wielu ciekawych faktów na temat życia kobiet w ubiegłym wieku. Kiedy Tom Lyle założył swój biznes, większość pań nie wyobrażała sobie nawet używania tuszu do rzęs czy brwi. Jeżeli to robiły, starały się zachować naturalność w taki sposób, by nikt się nie zorientował. W tamtych czasach bowiem makijaż był zarezerwowany tylko dla aktorek, prostytutek czy cyrkowców. W latach dwudziestych jednak wiele rzeczy zostało postawionych do góry nogami, a kobiety postanowiły podjąć prawdziwą walkę o swoje prawa, a przede wszystkim o prawo do podejmowania własnych decyzji. Tak jak w przypadku Heleny Rubinstein, również Maybelline miało swój ogromny udział w "tworzeniu kobiecego piękna" oraz środków do osiągnięcia go. Z książki możemy wiele dowiedzieć się o postawach kobiet wobec rodzącego się oraz rozwijającego makijażu. Co więcej, odnajdziemy w niej autentyczne slogany reklamowe, które pojawiały się w gazetach a nawet plakaty. Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem pracy oświetleniowców, fotografów i grafików z tamtych czasów, ponieważ kobiety wyglądają na nich zniewalająco. 



Czy jest w książce coś, co bym zmieniła? Chyba nie. Może poza okładką, która wydaje mi się trochę... tandetna w porównaniu do tak ciekawej i barwnej historii. Usunęłabym też prolog, o którym zapominamy dopóki nie dotrzemy do końca książki, gdzie wyjaśniona jest cała sytuacja. Poza tym wszystko napisane jest naprawdę świetnie - nie znajdziemy informacji zbędnych, które by nas zanudziły. Z drugiej jednak strony nie brakuje wzmianek o ówczesnych sławach takich jak Al Capone czy Clara Bow, przez co opowieść jest jeszcze ciekawsza.

Uważam, że książka ta będzie naprawdę świetną pozycją dla osób, które nie tylko interesują się makijażem oraz historią marek związanych z kosmetyką, ale również lubią bardzo ciekawe biografie oraz książki osadzone w przeszłości, ukazujące sposób myślenia ludzi żyjących w dawnych czasach. Mnie historia bardzo się podobała, choć jest w pewnym sensie bardzo smutna. Mimo wszystko polecam przeczytać!


Znacie już historię marki Maybelline? A może wiecie o jakichś ciekawostkach na jej temat?




Nie zapomnijcie o Instagramie!

Instagram

I Facebooku!

5 marca 2017

Alternatywa dla maseczek koreańskich? | Maski Anatomicals



Cześć Piękni! 
W ostatnich miesiącach wielkim hitem stały się koreańskie maseczki w płachcie. Zawsze jednak widząc te oraz inne cuda pochodzące z drugiego końca świata zastanawiam się czy nie istnieją produkty z Polski lub Europy, które byłyby równie zachwycające. Czasem rzeczywiście udaje mi się znaleźć takie perełki i dzisiaj wam je przedstawię.


26 lutego 2017

Mac Face and Body | Recenzja

Cześć Piękni! 
Całkiem niedawno mogliście poznać moją opinię na temat korektora Mac Pro Longwear. Dzisiaj przychodzę do was z recenzją kolejnego produktu tej marki, a mianowicie podkładu Face & Body. Jeśli szukacie odpowiedniego dla siebie podkładu lub nie możecie zdecydować się który podkład z Maca wybrać, być może decyzja stanie się łatwiejsza :) 


19 lutego 2017

Pędzle z EnjoyOurs | Recenzja

Cześć Piękni! 
Niedawno zapowiadałam wam recenzję zestawu tańszych pędzli do makijażu i właśnie dzisiaj podzielę się z wami opinią na ich temat. Część z was być może wie, że od zawsze jestem sceptycznie nastawiona do takich setów, ponieważ zwykle ich jakość jest mocno średnia. Ten zestaw widziałam już wiele razy na różnych blogach i często pojawiały się o nim pozytywne opinie, dlatego w końcu wpadł również w moje ręce.


12 lutego 2017

Triple cut crease | Tutorial

Cześć Piękni!  
Jest już połowa lutego, a w tym roku na blogu nie pojawił się jeszcze żaden makijaż. Wynika to z ogromnego deficytu czasu, jednak w końcu udało mi się coś dla was przygotować. Od dawna miałam ochotę na cut crease, jednak przerwa w malowaniu sprawiła, że postanowiłam zaszaleć jeszcze bardziej :) 


5 lutego 2017

Pędzel-grubasek z Enjoyours.com | Recenzja

Cześć Piękni! 
W ostatnich latach rynek "pędzlowy" znacznie się rozwinął. Wciąż wychodzą nowe kształty i rodzaje pędzli, nie wspominając już o ich substytutach takich jak gąbeczki czy szczotki do makijażu. Nie wiem jak wy, ale ja chciałabym przygarnąć je wszystkie i przetestować. Dzisiaj więc na tapet bierzemy grubaska znalezionego na Enjoyours.com